Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
8. Oni mnie nie rozumieją...
Strona Główna





Licznik

20989

Księga

Dodaj do Księgi
Księga Gości

0

Archiwum

2012
Lipiec
Czerwiec
Marzec
Luty


lily-james-i-huncwoci



Dodaj do Ulubionych



Czytam i polecam:
Leksia
Jen
Jogi
Niuniek
Sharon Morgan
Olka
Bonnie
Anne
Avis i Lumos
Hope
Natalie


Ulubieni

malenka9209.blog4u.pl kiedys-pojme-to-wszystko.blog4u.pl
uczucia-pisane-slowem.blog4u.pl zielonooka.blog4u.pl


To jest prawdziwa przyjaźń - osłaniać innych nawet kosztem siebie.



8. Oni mnie nie rozumieją...

Witam. Dodaję kolejny rozdział. W nim jest najwięcej zmian, właściwie końcówkę prawie całą zmieniłam, więc serdecznie zapraszam do czytania. Przepraszam was bardzo, że tyle musieliście na nią czekać, ale cierpię ostatnio na brak czasu. Nie starcza go na nic, więc on jest również przyczyną tego, że nikt nie został poinformowany o nowych rozdziałach. Za to też was serdecznie przepraszam. Wiem, że się powtarzam, ale przepraszam też za wszelkie błędy które się pojawiły w tym rozdziale. Naprawdę starałam się aby było ich jak najmniej ale wiecie że nie zawsze wszystko wychodzi. Nie wiem kiedy pojawi się następny rozdział. Musze go jeszcze przerobić, ale mam nadzieję że nie będziecie musieli za długo czekać.

Dziękuję za wszystkie komentarze i zapraszam do dalszego czytania i komentowania.

Pozdrawiam

Nadziejaserce

Mam jeszcze takie małe dopowiedzenie. Otóż na blogu:walka-uczuc.blogspot.pl nie poinformowałam o rozdziale, gdyż, za każdym razem gdy chciałam na niego wejść pojawiała się jakaś ankieta czy coś w tym rodzaju. Nie mam pojęcia jak to ominąć i jeśli ktoś wie to proszę o wskazówki.

 

 

Wyczyścić myśli i wyrzucić


złudzenia –czasem to


zbyt mało, by pozbyć się


bałaganu w głowie.

 

 

 

 

 

Słońce odbijało się od niebieskich fal iskrząc się. Nagrzany piasek przyjemnie masował stopy, a delikatny wiaterek mierzwił jej włosy. Wszystko było przepiękne, ciepła bryza, szum fal, blask słońca. Szła plażą ubrana w zwiewną, białą sukienkę. W jednej ręce trzymała sandały, a drugą odgarniała z twarzy włosy. Wpatrywała się w błękitne niebo nieskalane ani jedną chmurką i obserwowała latające, białe mewy. Po pewnym czasie zastanowiła się gdzie właściwie jest i co tu robi. Im dłużej myślała, tym szczelniej jej umysł zamykał się. Nie mogła wymyślić, co zrobi, nic nie przychodziło jej do głowy. Z każdą sekundą urok tego przepięknego miejsca tracił na znaczeniu. Myślała i myślała. Ptaki znikły, słońce skryło się, choć nie zauważyła chmur, a wiatr ucichł. Zapanowała idealna cisza. Nie było słychać szumu fal, ani odgłosu piasku przesypującego się przez jej stopy. Była tylko cisza i jej myśli. Brak jakiegokolwiek dźwięku zaczął ją męczyć. Zaczęła czegoś szukać. I choć biegała po plaży i nawoływała to nie słyszała swojego głosu. Piękny sen zmienił się w koszmar. Nie miała pojęcia gdzie się udać, nie wiedziała, dokąd iść. Aż w końcu zrozumiała, że w jej życiu nie ma już niczego pięknego. Nie ma żadnego celu, żadnego punktu odniesienia na którym mogła by się wesprzeć. Nie ma już domu. Straciła tych, co sprawiali, że życie miało swój urok. Już nie ma w życiu niczego, czego może szukać. Nie ma sensu. Niczego nie pragnie. Nic już jej nie zostało. Tylko pustka. Cisza.
Obudziła się w swoim łóżku. Krzyk stłumiła poduszka. Przez kilka sekund ustami łapczywie wdychała powietrze. Dusiła się, a na dodatek wczorajsze przeziębienie dawało o sobie znać. Powietrze przepływało przez gardło boleśnie je raniąc jakby było szczotką drucianą, a nie mieszaniną gazów. Dziwne, nie pamiętała jak się tu znalazła. Spojrzała przez okno. Padał deszcz, a przez zachmurzone niebo nie przedzierał się żaden promyczek słońca. Pogoda za oknem doskonale opisywała jej nastrój. Serce ogarnął ból i pustka. Sama nie wiedziała, co jest gorsze: czy ten nieustający ból, przez który trudno było jej oddychać, czy ta pustka, która wskazywała, że nie ma już nikogo, że została sama. Co prawda ma przyjaciół, wczoraj bardzo jej pomogli, ale... No właśnie, zawsze musi być jakieś ale... Oni nigdy nie zastąpią jej rodziców. W styczniu skończy dopiero siedemnaście lat. Przecież jest jeszcze dzieckiem. Potrzebuje ich. Ale oni ją opuścili. Ta strata postawiła ją przed bardzo trudnym zadaniem: musi szybciej dorosnąć. Już nie miała podpory, o którą zawsze mogła się oprzeć. Straciła dwoje ludzi, którzy byli jej bardzo bliscy…, a teraz... Musiała już sama iść, sama próbować dorosnąć, być odpowiedzialną... Nie wiedziała czy tego chce. Nie, na pewno tego nie chciała. W tej chwili rzeczy które kiedyś ją nie interesowały nagle stały się priorytetowe, najważniejsze. Ale nadal jej nie interesowały. Jak mogła myśleć o przyszłości? Co to będzie za przyszłość bez rodziców? Teraz oddałaby wszystko, żeby znów być tą małą dziewczynką, którą tuliła mama, a tata opowiadał śmieszne historyjki przed snem. Jednak czas nie mógł się zatrzymać. Pną jak oszalały do przodu, nie zważając na to czy ona potrafi go dogonić. Nie zważając na to, że każda minuta wywołuje ból. Nic go nie obchodziło. Wskazówki nieubłaganie przesuwały się do przodu, a ona zatrzymała się w miejscu. Nie, dlatego, że nie chciała iść do przodu. Nie. Stanęła w miejscu, bo nie widziała powodu, żeby nie stanąć, żeby iść dalej. Straciła jakąkolwiek chęć do życia. Najchętniej mogłaby tak leżeć przez cały czas. Ale przecież nie może. Jest tyle spraw, które musi załatwić, sama musi to załatwić. Pogrzeb.., a jej nic się w tej chwili nie chce. Usiadła na łóżku w tym samym momencie, w którym do pokoju wszedł James z tacą. Uśmiechnął się do niej pogodnie, ale jednocześnie zastanowił się czy to aby na miejscu.
- Dawno wstałaś?- zapytał siadając obok niej na łóżku i kładąc na kolana tacę ze śniadaniem.
- Nie.- opowiedziała i związała opadające włosy gumką.
- Proszę.- powiedział kładąc jej na kolanach tacę- Jedz.
- Ee. . Dzięki.- spojrzała na swoje śniadanie. Sok pomarańczowy, jajecznica, bułka i jabłko. Dopiero na widok jedzenia żołądek upomniał się o swoje i poczuła głód. Ostatni jej posiłek to śniadanie w Hogwarcie i paczka chipsów. Wzięła, więc widelec i zabrała się za jajecznicę.
James patrzył na nią jak je zapominając o wszystkim innym, więc trochę zdziwiło go jej pytanie.
- A gdzie reszta?
- Co? Jaka reszta... ?
- No Alicja, Syriusz i Dorcas.
- Aa. Dorcas poszła z Syriuszem na zakupy. Chciał iść sam, ale Alicja uparła się, że ktoś z nim musi iść, bo on nawet z listą wszystkiego zapomni.- Lily zastanowiła się przez chwilę. Dorcas poszła z Syriuszem? To niemożliwe... . Musiała coś przegapić.
- A Alicja?
- Marlena wytłumaczyła, co właściwie się robi w zakładzie pogrzebowym czy czymś takim i według ich wskazówek właśnie tam się udała.
- Ale, po co? Przecież ja tam wczoraj byłam i wszystko załatwiłam.
- No nie wiem, ale rano zadzwonili i kazali przyjść.
- Dziwne- mruknęła i wzięła szklankę z sokiem.- A ty zostałeś?
- No. Z tobą. Wiem, że raczej nie przepadasz za moim towarzystwem, ale nie było innego wyjścia. Syriusz uparł się, że to on pójdzie po te zakupy, a gdybym ja z nim poszedł, to pewnie byśmy się zgubili. No i nie mam pojęcia, o co chodzi w tych wszystkich mugolskich urzędach, więc tam raczej też nic bym nie zdziałał.
- Nie o to mi chodziło- odpowiedziała i odstawiła szklankę.
Przez chwilę nic nie mówili.
- Smakuje ci?- zapytał w końcu James, gdy Lily już kończyła jajecznicę.
- Tak. Bardzo smaczna, dziękuję, a kto ją robił?
- No ja.- odpowiedział lekko zmieszany
- Serio?
- Mama mnie nauczyła kilka podstawowych rzeczy. Jak się robi herbatę, kawę, jajecznicę...
- No cóż... Nie spodziewałabym się tego po tobie- mruknęła cicho
- Cieszę się, że ci smakuje.
Znowu zamilkli. Bardzo krępująca była ta cisza. Lily czuła, że chce coś powiedzieć, chce podziękować nie tylko za to śniadanie, ale i za wczoraj, za to, że przyjechali, że przyjechał, ale nie wiedziała jak. Tak jakby jakaś cząstka jej mózgu odpowiadająca za sensowne mówienie poszła spać i musiała sobie radzić bez niej.
Jednak nie poradziła sobie. Skończyła śniadanie i postanowiła w końcu wstać. James wyszedł z pokoju, aby się ubrała, a ona ponownie usiadła na łóżku, gdy tylko drzwi za nim się zamknęły.
Nie pojmowała tego. Dopiero zginęli jej rodzice, myślała, że już nigdy z niczego się nie ucieszy, nigdy nie będzie szczęśliwa. Była co do tego stu procentowo przekonana. Jednak całkiem miło jej się siedziało z Jamesem. Dużo lepiej się czuła niż teraz gdy została sama.
Nie ufając sobie na tyle aby móc sądzić, że uda jej się powstrzymać płacz samej w pokoju szybko się ubrała i zeszła do kuchni. James siedział przy stole i czytał gazetę, popijając herbatą. Gdy tylko ją zauważył uśmiechnął się do niej.
- Jeszcze nie wrócili?
- Nie, ale dzwoniła twoja siostra.
- Petunia? I co chciała?
- Cóż... Wywnioskowałem, że chce ci przekazać, że razem z ciotką przyjedzie dzisiaj wieczorem. Nie była zachwycona, że to nie ty odebrałaś telefon, zwłaszcza, gdy wspomniałem, że jestem twoim znajomym ze szkoły.
- Nic dziwnego. Nie przejmuj się nią. Jak przyjedzie i was wszystkich zobaczy to dopiero będzie się fukać.
- Nie rozumiem, dlaczego tak się nie lubicie.
- Cóż...- westchnęła i usiadła naprzeciw niego- ona jest zazdrosna, że to ja dostałam list z Hogwartu. Oczywiście wcale tego nie ukazuje. Ale już się do tego przyzwyczaiłam. Straciłam siostrę w chwili, gdy sześć lat temu, pierwszego września byłam na King's Cross. Wtedy po raz pierwszy nazwała mnie dziwolągiem. Cóż... Od tej pory było jeszcze gorzej.
- Przykro mi.
- Daj spokój.
Znowu zapadła niezręczna cisza. Wystukiwała paznokciami dziwny rytm uderzając o stół i zastanawiała się dlaczego ta cisza tak ją irytuje. Co ją w ogóle wzięło na zwierzenia, i to jeszcze jemu? Do głowy przychodziła jej tylko jedna myśl: zwariowała. Nigdy nie pomyślała by, że z Jamesem może sobie tak spokojnie porozmawiać, bez żadnych kłótni, awantur... Choć ostatnio ich kontakty się znacznie poprawiły- może nie na tyle żeby nazwać ich relacje przyjaźnią, ale przynajmniej nie odnosili się do siebie wrogo. Nie miała zamiaru niczego zmieniać i bardzo dziwiło ją to, że- choć starała się do tego nie przyznawać- ta rozmowa właśnie ku temu dążyła. Zdecydowanie stanęła w miejscu i nie mogła za niczym nadążyć. Nawet za własnym życiem. Nie poznawała siebie i to ją przerażało. Jednak teraz umysł otępiony bólem po stracie rodziców nie chciał o tym rozmyślać. Więc przestała. Będzie się tym martwić później...
Ktoś otworzył drzwi i za chwilę w kuchni pojawiła się Dorcas, a za nią Syriusz obładowany siatkami.
- Po co tyle kupiliście? Przecież nie trzeba było.- zapytała Lily patrząc jak Syriusz położył wszystkie reklamówki na stół, na którym nie było już miejsca tak, że James musiał wziąć kubek i gazetę.
- Trzeba było. Twoje szafki świecą pustkami. Jak rano robiliśmy listę to była tylko zielona herbata. Lodówka również jest pusta, a mydło i szampon się kończy, a po za tym Alicja postanowiła zabawić się w kucharkę i same przyprawy, które kazała kupić zajęły dwie reklamówki.
- Ale jak to możliwe, że niczego nie ma?- zapytała Lily wyciągając i chowając do szafek różne produkty
- Wiesz...- powiedziała cicho Dorcas zastanawiając się czy powinna dokończyć- wydaje mi się, że twoi rodzice wybrali się na duże zakupy wtedy- powiedziała akcentując ostatni wyraz i obserwując Lily.
Jeszcze nikt nie wspomniał o wypadku jej rodziców. Poczuła się dziwnie. Strasznie. Wiedziała, że ją obserwują jednak bardzo trudno było jej się pohamować. Szybko otarła kilka łez, których nie udało jej się powstrzymać rękawem, wzięła opakowanie z kawą i podeszła do szafki.
- Może...- odpowiedziała cicho. Ale zaraz żeby rozładować napięcie zapytała- Kupiliście jakieś ciastka? Bo nie wiem jak wy, ale ja mam straszną ochotę na coś słodkiego.- spróbowała uśmiechnąć się, ale chyba nie za bardzo jej to wyszło, bo nadal wpatrywali się w nią czekają na rozpacz. Dopiero po kilku sekundach odpowiedział jej Syriusz.
- No pewnie. Gdzieś tu powinny być.- powiedział i podszedł do reklamówek.- Dori gdzie ty je wsadziłaś?
-Dori?- Lily spojrzała najpierw na zaczerwienioną Dorcas, potem na Syriusza który wzruszył ramionami.
- Trochę się przedzieraliśmy. O są! Wzięłyśmy kilka rodzajów. Orzechowe, kokosowe, toffi i czekoladowe.
- Świetnie. Wysyp je na półmisek.
- Wszystkie?
- Nie. Tylko trochę. Resztę schowam na jutro. Jak wszyscy przyjadą.
Napięcie się trochę rozładowało i Dorcas z Jamesem zaczęła pomagać Lily w rozpakowywaniu zakupów. Trochę się gubili, bo nie wiedzieli gdzie, co chowa.
- A skąd wzięliście pieniądze na to wszystko? Przecież to musiało sporo kosztować.
- Mówiłem, że zapyta- powiedział tonem znawcy Syriusz pochylając się ku Dorcas.
- No... eee... . To znaczy...- zaczęła się plątać Dorcas
- No wyduś to z siebie.
- No zrzuciliśmy się. Ja, James i Alicja. Ale to nic takiego.
- Trzeba było mnie obudzić dałabym wam pieniądze.
- Naprawdę Lily to nic takiego. Nie trzeba.
- Oczywiście, że trzeba. Zaraz przyniosę.- powiedziała i poszła do salonu. Minęło tylko kilkanaście sekund i już była z powrotem w kuchni trzymając w ręce banknoty.
- To ile to wszystko kosztowało?
- Lily naprawdę nie trzeba. To drobiazg.- powiedział James
- Dajcie spokój. Pytam się ile?
- Nie trzeba. .- powiedziała zmieszana Dorcas, ale Lily jej przerwała.
- Trzeba.- A gdy spojrzała na ich twarze, które nie zamierzały niczego brać, zdecydowała się użyć najostrzejszego argumentu, jaki jej przyszedł do głowy- Bo się obrażę.
Zrobiła smutną minę- czasami kłamanie i udawanie przychodziło jej z łatwością i chwyciła się rękami bioder. Nie chcąc żeby się smuciła, Dorcas niechętnie wymieniła kwotę, a zadowolona Lily wręczyła jaj pieniądze. Znowu cisza. Lily nie miała siły zaczynać rozmowy, a oni nie chcieli powiedzieć niczego nawiązującego do śmierci jej rodziców. Dlatego nikt się nie odzywał. Po kilkunastu minutach Lily wyszła z kuchni, mówiąc coś o telewizji- wydawało jej się, że mówiła bez najmniejszego ładu i składu, ale nikt nie zaprotestował- i wyszła z kuchni. Usiadła na sofie, nogi przykryła kocem i włączyła telewizor. Zastanawiała się ile czasu minie zanim przyjdą za nią. Z jednaj strony chciałaby z nią byli. Przynajmniej nie mogła pozwolić sobie w ich obecności na płacz. Ale z drugiej strony właśnie chciała płakać. Wypłakać się, wyżalić, pozwolić, aby łzy złagodziły, choć w niewielkim stopniu ten ból i pustkę.
Jednak nikt nie przyszedł. Przez pięć, dziesięć, piętnaście minut.., a chciała żeby przyszli. Bo bez nich, bez motywacji, rozpacz zaczęła przejmować nad nią kontrolę. Kilka łez potoczyło się po policzku. Szybko wytarła je ręką. Mrugnęła kilka razy oczami i z trudem postanowiła się skupić na telewizorze. Widziała tylko poruszające się plamy, wszystko resztę zasłaniały toczące się łzy. Wysilając bardziej umysł dostrzegła w końcu jakąś dziennikarkę z mikrofonem. Nadawano wiadomości. Choć w tej chwili absolutnie nic ją nie interesowało to uparcie wpatrywała się w ekran telewizora próbując zrozumieć obraz i dźwięki. Gdy zobaczyła, że głównym tematem jest zawalony most w Londynie szybko przełączyła na inny kanał. Łez już nie udało jej się powstrzymać. Ukryła głowę w poduszkę żeby nie usłyszeli jak płacze. W końcu jednak wstała, ubrała buty i płaszcz i już otwierając drzwi- żeby nie mogli jej zatrzymać- z trudem opanowując drżenie głosu krzyknęła w stronę kuchni:
- Idę się przejść. Zaraz wrócę.- i zatrzasnęła drzwi.
Na początku biegła, żeby jej nie złapali. Nadal nie wiedziała, po co w ogóle wyszła. Przecież popłakać mogła sobie w domu. Tam przynajmniej było by ciepło, no i przyjaciele na pewno by ją pocieszyli. Ale ona właśnie tego nie chciała. Nie chciała widzieć w ich oczach zatroskania, niepokoju. Nie chciała słyszeć słów: "Wszystko będzie dobrze, nie martw się... " Doskonale zdawała sobie sprawę, że nic nie będzie dobrze. Nie wiedziała gdzie tak właściwie ma iść. Miała kilku znajomych, z którymi kontaktowała się podczas wakacji, jednak teraz każdy był w szkole. Zatrzymała się na mokrym chodniku- chociaż deszcz teraz nie padał, brak słońca utrudniał schnięcie betonu- i zastanawiała się gdzie iść. Oglądnęła się za siebie- nie szli za nią. To dobrze. Chociaż jakaś część jej rozumu, zdrowa część, odpowiadała, że nie może zostać sama, że lepiej było by gdyby byli z nią, szybko ją zagłuszyła. Doskonale wiedziała, że wolałaby być z nimi, jednak wizja wypłakania się w samotność przesłaniała wszystko inne, nawet to, że zimny wiatr chłostał jej twarz i każdy podmuch był jak pociągnięcie kostką lodu po piekącej ranie. To nic. Do głowy przyszło jej jedno miejsce, tam gdzie kiedyś bawiła się razem z siostrą, tam gdzie, jako jedenastoletnia dziewczynka zeskakiwała z huśtawki, tam gdzie rozmawiała z Severusem. Dopiero, kiedy usiadła na zardzewiałej ze starości huśtawce poczuła jak bardzo jej go brakuje. Jak bardzo chciałaby z nim porozmawiać. Nie zdawała sobie sprawy jak mocno możne się przywiązać do człowieka w ciągu pięciu lat- tak mocno, że oderwanie od niego jest tak straszne, tak boli... Wcześniej tego nie czuła... Co prawda na początku było jej bardzo ciężko, potem jednak złość przytłumiła ból. Teraz jednak odezwał się on na nowo, teraz, kiedy najbardziej od czerwca pragnęła z nim porozmawiać. Minęło już olbrzymie pragnienie wylania łez, chociaż one nadal spływały po policzkach, sprawiały ból, sprawiały, że odżywały najboleśniejsze wspomnienia. Koniec przyjaźni z Severusem, śmierć rodziców... Nie dawała sobie z tym wszystkim rady. Starała się trzymać, nie rozpaczać przy Syriuszu, Alicji, Dorcas czy Jamesie. Ale teraz, kiedy jest sama... Nie miała siły przywrócić tej maski, którą nakładała na twarz w towarzystwie przyjaciół.
Nie wiedziała czy da sobie radę. Na pogrzebie, doskonale zdawała sobie sprawę, że bardzo trudno będzie jej się powstrzymać przed szlochem, choć na razie starała się o tym nie myśleć. Nie wiedziała, co dalej ze sobą zrobi. Do osiągnięcia pełnoletniości według mugolskiego prawa pozostał jej jeszcze ponad rok czasu. I co zrobi? Teraz, kiedy nie ma już prawnych opiekunów? Odrzucała tę myśl, miała gorącą nadzieję, że Petunia zgodzi się zostać jej prawnym opiekunem przez ten rok. Przecież ona by tak postąpiła. Zresztą i tak spotkają się dopiero na wakacjach, święta spędzi w Hogwarcie. Święta w Hogwarcie... Słyszała, że w Wielkiej Sali jest mnóstwo choinek, uroczysta kolacja, kolędy... Ale czy to wszystko miała prawo godnie zastąpić jej skromny, rodzinny obiad. Uczniowie Hogwartu, nauczyciele zamiast jej rodziny? Jednak i tak to najlepsze rozwiązania, nawet, jeśli bardzo będzie jej brakować domu, to przynajmniej nie będzie musiała słuchać obelg Petuni, a może ona chciałaby żeby Lily spędziła te święta z nią, może teraz, kiedy zginęli ich rodzice miałyby wreszcie się pogodzić? Cóż... oni by tego chcieli, ona też, ale czy Petunia również by chciała? Szczerze w to wątpiła. Może miała być na nią jeszcze bardziej obrażona niż wcześniej, może nie zgodziłaby się zostać jej prawnym opiekunem do pełnoletniości? Wtedy pewnie pojechałaby do ciotki, do Francji albo do Włoch. Ale musiałaby opuścić Hogwart... Przecież to by było straszne. Opuścić przyjaciół, znajome mury i wyjechać... Ale jeśli na to by się nie zgodziła wylądowałaby w Sierocińcu. Czy rodzice odchodząc z tego świata nie pomyśleli, co się stanie z młodszą córką? Z córką, która jest jeszcze dzieckiem? Jak mogli ją tak zostawić?! I po raz pierwszy odkąd się dowiedziała o ich śmierci poczuła do niech wielki żal. Odeszli nie zastanawiając się, co ona pocznie, jak sobie poradzi. Jak mogli? Jak mogli być tak bezmyślni?
O czym w ogóle ona myśli? Przecież oni odeszli z czystego przypadku. Nie prosili Boga o śmierć, nie było to ich życzenie. Jak może tak myśleć, przecież to nie ich wina, że ona nie wie, co się z nią stanie.
Oparła łokcie na kolanach, a twarz ukryła w dłoniach i płakała. Łzy lały się i lały, jednak wcale nie łagodziły bólu. Po prostu się lały. Zimny wiatr owiewał jej twarz tak, że drżała jednak nie miała siły wstać i iść do domu.
- Wszystko dobrze?- usłyszała obok siebie ciepły głos i przestraszona odwróciła się. Stał obok niej nieznajomy chłopak i przypatrywał się jej niespokojnie. Jego twarz wydała jej się znajoma jednak zmrożony umysł nie chciał z nią współpracować
- A... Tak... Świetnie... Po prostu cudownie...- starała się żeby jej głos brzmiał spokojnie, jednak zimny wiatr nie bardzo na to pozwalał.
- No właśnie widzę. Jak już koniecznie chciałaś wyjść na dwór w taką pogodę to mogłaś przynajmniej się cieplej ubrać.- powiedział i ściągnął swój szal, i podał jej. Popatrzyła na niego krzywo, nie mogąc wpierw zrozumieć co od niej chce. Dopiero, gdy to do niej dotarło pokiwała przecząco głową.
- Przecież ciepło się ubrałam- wskazała dłonią na płaszcz
- Ciepło?- zaśmiał się i położył szalik na jej ramiona.- Ten cieniutki płaszczyk w ogóle nie utrzymuje ciepła ciała. Swoją drogą zastanawiam się, kto cię w takim stroju wypuścił.
- Uciekłam.., a raczej wymknęłam się- powiedziała cicho i otuliła szyję miękkim szalikiem. Usiadł na drugiej huśtawce.
- To zmienia postać rzeczy.- powiedział cicho i zamyślił się- Mogę wiedzieć, dlaczego zachowałaś się tak nieodpowiedzialnie? Nie będę zaskoczony jak po powrocie do domu rodzice wlepię ci porządny szlaban. I położą do łóżka. Bo na sto procent się rozchorujesz.
Łzy znowu zaczęły napływać jej do oczu. Schyliła głowę i zaczęła mrugać oczami.
- Chciałabym...- popatrzył na nią za zdziwieniem. Kto chciałby dostać szlaban?- Niestety nie będę miała już okazji.
Powoli zaczęła tracić panowanie nad łzami. Nieposłuszne, słone kropelki spływały jej po policzka, choć tak usilnie próbowała je powstrzymać. Nic z tego.
Nie odzywał się. Czekał aż mu wszystko wyjaśni, a ona, choć wiedziała, że jest dla niej całkiem obcy, czuła od niego promieniującą ufność. Po prostu wiedziała, że się z niej nie wyśmieje, nie poniży. Po prostu to wiedziała, jak to, że dwa plus dwa jest cztery, albo, że gryffindor ma swój salon w wieży. Czuła się tak jak wtedy w parku, przy tym obcym chłopaku, po kłótni z Jamesem. I dopiero wtedy skojarzyła skąd zna tę twarz.
- Wydaje mi się...- zawahała się, nie wiedząc jak to określić, a może się pomyliła. Błękitne oczy wpatrywały się w nią z zaciekawieniem.
- Wydaje mi się, że skądś cię znam.
Zaśmiał się.
- Czym cię rozbawiłam?
- Nie, niczym. Po prostu właśnie, dlatego do ciebie podszedłem. Bo wydałaś mi się znajoma.
- Chyba z tobą rozmawiałam. Wtedy w sierpniu, w parku...
- No tak. Siedziałaś wtedy taka jakaś smutna, tak jak teraz- zawahał się, bacznie obserwując jej twarz. Przegryzła wargę, starając się powstrzymać łkanie- choć może wtedy nie płakałaś.
- Byłam głupia. Przepraszam. Zwierzać się obcemu chłopakowi. Tak, tylko mi mogło coś takiego przyjść do głowy.
- Nie ma sprawy- uśmiechnął się do niej. Od razu poczuła się lepiej. To było dziwne.- Cieszę się ze mogłem pomóc.
- Tak... Pomogłeś...- popatrzyła przed siebie
- I co z tym chłopakiem, zapomniałaś o nim.
- Nie do końca.- szepnęła wpatrując się w stojącą na przeciw starą, zjeżdżalnię.
- Czyli jednak coś dla ciebie znaczy.
- Nie wiem. Zresztą teraz nie mam sił by tym myśleć. Mam poważniejszy problem.
- Zauważyłem. Nie płaczesz w końcu bez powodu.
- A tak- odparła i przetarła zimną od wiatru twarz dłonią.
Siedzieli tak w ciszy. Nie była ona jednak krępująca. Przynajmniej nie dla niej.
- Słyszałaś o tym moście w Londynie? Tym, co się zawalił?- zapytał w końcu, a ona ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Wcześniej się trzymała, nie była jednak przygotowana na to, że ktoś będzie o tym wypadku wspominał. Jej przyjaciele na pewno by nie wspomnieli. Jednak chyba dobrze się stało. Skupiona na cieknących łzach zapomniała o bólu i pustce. Łzy ukoiły go.
Gdy zauważył, co się z nią dzieje, podszedł do niej i schylił się tak, że jego twarz znajdowała się na przeciwko jej.
- Przepraszam. Ja nie chciałem... Nie wiedziałem...
- W tym wypadku...- wychlipała cicho- zginęli moi rodzice.
Rozpłakała się jeszcze bardziej. Każde słowo o już nie żywych rodzicach przynosiło jej ból. Nadal trwała we nadziei, że to tylko straszny sen, że za chwilę się z niego obudzi. Wiedziała, że to raczej niemożliwe, ale właśnie ta nadzieja pozwoliła jej nie stracić całkiem zmysłów. Choć kryła się głęboko w niej, choć nie chciała zbyt często o niej myśleć- im więcej by się łudziła tym większe było by rozczarowanie- to nie potrafiła jej całkiem ze swojego umysłu wyrzucić. Jednak to, że o jej tragedii wiedziało tyle osób niepokoiło ją. Czy w śnie może być tak dużo postaci?
Mocno ją przytulił i zrobiło jej się lepiej. Jakaś mała część mózgu zastanawiała się, dlaczego tak na nią działa. Jak lek,  jak środek łagodzący. Nie uspokajał jej, nie pocieszał. Po prostu pozwolił jej się wypłakać. Zrozumiał jej potrzebę,  lepiej od jej przyjaciół, którzy zostali w domu. Pewnie się o nią zamartwiali.
Zdała sobie sprawę, że nie ma, po co się łudzić. To jest smutna rzeczywistość. Została sama i nie powinna tego ukrywać przed samą sobą. Oczywiście, że to bolało. Serce piekło ją, a jednocześnie wydawało jej się, że jest całkowicie puste. Ale tak chyba było lepiej. Potem ból byłby jeszcze straszniejszy.
Choć nadal płakała mu w ramię to zrobiło jej się lżej. Na tyle, że po dziesięciu minutach opanowała się i otarła twarz.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało.
- Gdy dowiedziałam się, że nie żyją wróciłam ze szkoły. Dyrektor pozwolił mi zostać tyle ile będę potrzebować.
- Bardzo wyrozumiały ten twój dyrektor. Nie każdy taki jest.
- Tak.
-Jesteś tu sama?
-Nie- pokręciła przecząco głową-moi znajomi przyjechali za mną.
- Cieszysz się z tego, że przyjechali?- zapytał. Zamyśliła się.
- Czy ja wiem. Nie chcę tu być sama, ale też nie umiem udawać, że wszystko rozumieją i dobrze na mnie działają, bo wcale tak nie jest.
-Kto z tobą przyjechał?
-Syriusz z Jamesem i Alicja z Dorcas. Znajomi ze szkoły.
-Chodzisz do szkoły z internatem?
-Właściwie to tak.
-Ci co przyjechali, czy może któryś, z którymś jesteś związana?
-Nie. Syriusz… chyba bardziej jest dla mnie jak brat, no przynajmniej w pewnym stopniu. A James… to o nim w sierpniu ci opowiadałam.
- Lubisz go?
- Nie wiem. Czasami tak, czasami nie... To dość skomplikowane, a teraz... Nie chce się jeszcze dodatkowo nim przejmować.
- Jak chcesz... Ale wiesz, że nierozwiązane problemy wracają później z większą siłą...
- Wiem, ale mam nadzieje, że wrócą dość późno żebym mogła się uporać z tymi najważniejszymi.
- Oby. Masz rodzeństwo?
- Mam siostrę, a właściwie to miałam.
- Przykro mi. Ona też zginęła?
Pokręciła przecząco głową.
- Dostałam się do takiej... Nietypowej szkoły... W Szkocji... Można powiedzieć, że zostałam wyróżniona... Ale tylko ja, a nie Petunia. Obraziła się na mnie, gdy postanowiłam tam pojechać. Od już pięciu lat nie odzywa się do mnie. Po prostu mi zazdrościła. Nawet nie wiem, co się ze mną stanie. Jeśli nie zostanie moim prawnym opiekunem będę musiała jechać do ciotki we Francji.
- Nie było by ci tam łatwiej zapomnieć o tym wszystkim. I o nim?
- Może łatwiej... Ale w końcu łatwiej, nie zawsze znaczy lepiej.
- Zgadzam się.
- A po za tym... Nie mam teraz siły, nie mam pojęcia co teraz robić, a James… on strasznie nalega…, ja nie chcę… Nie wiem. -Wyciągnęła nogi do góry aby zwiększyć prędkość kołysania się huśtawki i odchyliła się do tyłu.
Patrzyli przed siebie, nic nie mówiąc. Może faktycznie było by lepiej gdyby wyjechała? W końcu we Francji też jest szkoła dla czarodziei. Francuski zna.
- Znowu pada- jęknął i wyrwał ją z zamyślenia.
- Jak zwykle.- opowiedziała. Zimne krople moczyły jej włosy, które wcześniej osuszył porywisty wiatr.
- Musimy już wracać. Bo naprawdę rozchorujemy się na śmierć. Chodź odprowadzę cię.
Podał jej rękę i pomógł wstać. Wyszli z starego placu zabaw i szyli przez mokry chodnik. Deszcz dalej siąpił. Doskonale wiedziała, że ma przy sobie różdżkę, schowaną pod płaszczem i może przywołać parasolkę, ale wcale nie chciała. Deszcz moczył jej włosy, płaszcz i ogólnie wszystko, ale jej było dobrze.  Dziwnie dobrze.
- Szukałam cię wtedy. Codziennie przychodziłam do tamtego parku.
- Byłem tam tylko przejazdem. U ciotki. Na drugi dzień wróciłem do domu.
- A gdzie mieszkasz?
- W Liverpoolu, a raczej mieszkałem.
Spojrzała na niego pytająco.
- Dwa tygodnie temu wyprowadziłem się. Mieszkam ulicę dalej.
- Co za ironia. Zwierzam się nieznanemu chłopakowi, robie z siebie kompletną idiotkę, a za kilka miesięcy od zamieszkuje koło mnie.
-Tak. Ciekawy zbieg okoliczności.
-Ciekawa jestem... Co wtedy sobie o mnie myślałeś, gdy się tobie żaliłam?
- Że masz kłopot i nie masz, z kim się nim podzielić.
-Naprawdę?
-Naprawdę. A co nie wierzysz?
-Nie, to znaczy wierze, ale musisz przyznać, że to dziwne jak na chłopaka.
-Co jest takiego dziwnego?
-Że to dostrzegłeś. Ludzie których znam wyśmiali by mnie, a ty tego nie zrobiłeś. Zastanawiam się dlaczego?
-Może dlatego, że jestem z innej planety. Niektórzy snują taką teorię, mają dać mi znać jak się potwierdzi-próbował ją rozśmieszyć, ale mu nie wyszło. Nadal szła obok i patrzyła na swoje stopy. -Skoro to dla ciebie takie dziwne, to dlaczego mi się wtedy zwierzyłaś?
-Nie wiem, po prostu musiałam się komuś wygadać. Dziewczynom, nie mogłam, po prostu… już sama nie wiem.
- Nie ufasz im?
- Ufam. Ale... To jest trochę skomplikowane.
- Spróbuję nadążyć.
Spojrzała na niego. Uśmiechał się do niej zachęcająco.
- Oni mu kibicują, to znaczy twierdzą, że jesteśmy dla siebie stworzeni i takie tam. Sam rozumiesz, co by się stało gdybym im o tym powiedziała. Zaraz dowiedziałby się o tym James. I miałby nadzieję. Na coś, czego nigdy nie będzie.
- Nigdy nie mów nigdy.
Spojrzała na niego karcąco, a on tylko uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
- No wiesz podobno od nienawiści do miłości tylko jeden krok.
- Tak? , a ja słyszałam, że nienawiść od miłości dzieli rwąca rzeka.
- Cóż, zawsze można zbudować most, albo przynajmniej kładkę.
- Ej- uderzyła go lekko łokciem- nawet tak nie żartuj
- Nie to nie- powiedział i podniósł ręce na znak poddania się.
- A ty? Nie wiem nic o tobie.
- Cóż. Ja nie zwierzam się obcej osobie- zażartował i uśmiechnął się do niej- a więc co chcesz wiedzieć?
- To, co chcesz mi powiedzieć.
- Cóż... Mieszkałem w Liverpoolu, ale to już wiesz- kiwnęła głową- moja mama stwierdziła, że Liverpool jej się znudził. Ona naprawdę jest bardzo dziwna.
- Kim jest z zawodu?
- Mówi, że jest artystką, ale jak dla mnie to tylko maże pędzlem po płótnie. No niektórym się to podobam, ma sporo zamówień. Nie rozumiem tych ludzi.
- Nie lubisz malarstwa?
- Nie za bardzo. Musze przyznać, że niektórzy są całkiem dobrzy, ci, co malują jakieś krajobrazy, martwe natury czy portrety.
- A co maluje twoja mama?
- Jakieś bohomazy. Kreski, ślaczki, kółka, kropki, plamki. Wszystko. Nawet mój młodszy brat takie coś potrafi. Raz dobrał się do przyborów mamy. Cała kuchnia była kolorowa. On zresztą też. Godzinę potem mama go myła. Powiedziała, że Liverpool już jej nie fascynuje czy coś takiego i przyjechaliśmy tutaj.
- Ale tobie lepiej było tam?
- Hmm... Miałem tam znajomych, szkołę, a tu wszystko od początku. Ale też jest fajnie. Spokojniej. Tam mieszkałem w centrum, więc na ciszę nie miałem, co liczyć. Tu jest inaczej.
- A twój brat?
- Jemu nic nie przeszkadza. Jest jeszcze za mały na własne zdanie.- uśmiechnął się tylko jakoś tak inaczej. Z goryczą.
- Ile ma lat?
- Cztery. Zabawny dzieciak.
- Więcej rodzeństwa nie masz?
- Nie. Ale zawsze chciałem mieć dużą rodzinę.
- A nie masz?
- Nie. Moja mama miała tylko jedną siostrę, ta, która mieszka w Londynie. Ojciec ze swoim bratem i matką zginął w wypadku samochodowym cztery lata temu. Mama jeszcze była w ciąży z Davidem.
- Przykro mi.
- Mały nigdy nie poznał ojca.- powiedział jakby jej nie usłyszał.- Siostra mamy nie ma dzieci, a dziadkowie umarli, a ty? Jak dużą masz rodzinkę?
- Mam kilka ciotek i kuzynów, ale rozjechali się po całym świecie. Najbliżej mieszka ciotka we Francji. Ma taki fajny dom na wybrzeżu. Jedna jest we Włoszech, inna w Grecji, a kuzyn mieszka aż w Tokio.
- Faktycznie rozjechali się.
- No, a teraz muszą się zjechać.- mruknęła cicho. Dochodzili już prawie do jej domu.
- Wiem jak się czujesz. Kiedy zginął ojciec... Wszystko straciło sens. Był moim najlepszym przyjacielem. Razem żartowaliśmy z twórczości mamy. Gdy dowiedział się, że będzie mieć kolejne dziecko był w siódmym niebie. To był dla mnie ogromny cios. Dużo czasu musiało minąć abym zrozumiał, że ojciec i tak jest cały czas przy mnie, że czuwa nade mną. I chce abym był szczęśliwy... Oni też chcą żebyś jeszcze była szczęśliwa. Nie zrozum mnie źle. Najpierw trzeba się wypłakać, wyżalić, przeleżeć w łóżku czy co tam chcesz. Trzeba. Bo gdybyś tego nie zrobiła to pozostałby jakiś nie smak. Przez cały czas byś udawała, że wszystko jest dobrze, mimo, że świat ci się zawalił. Ale nie możesz cały czas rozpaczać. Ty jeszcze żyjesz. Jeszcze możesz być szczęśliwa. Nie rezygnuj z tego. Co ci dadzą łzy?
- A jeśli nie potrafię? Jak mam być szczęśliwa bez nich? Nie umiem.
- Umiesz, tylko nie chcesz. Ubzdurałaś sobie, że masz prawo do płaczu, bo zginęli ci rodzice. I owszem możesz popłakać. Ale nie przez cały czas. Kiedyś i tak będziesz musiała przestać, po prostu zabraknie ci łez. I im szybciej to się stanie tym lepiej. Bo im dłużej będziesz poza światem tym trudniej będzie ci do niego wrócić.
- Nie wiem czy będę potrafiła.
- Będziesz. Jestem pewny.
- Dziękuje.- przystanęła- już doszliśmy. Tu mieszkam.- spojrzała w okno. Siedziała przy nim Dorcas. Gdy tylko ją zobaczyła pokręciła głową i krzyknęła coś do tyłu. Nie słyszała, bo okna były zamknięte.
- Zaraz się tu zlecą.- mruknęła cicho
- Powinnaś się cieszyć, że masz takich przyjaciół, że zawsze możesz na nich liczyć.
- Cieszę się. Ale nieraz przesadzają.
- Kiedy się zobaczysz w lustrze to zrozumiesz, że nie przesadzają.
- Aż tak źle wyglądam?
- Masakryczne.
- Lilka!- krzyknęła Alicja, która pierwsza wybiegła z domu. Za nią James i Syriusz.- Czyś ty zwariowała?! Nie było cię ponad godzinę. Wyszłaś sobie w taka pogodę! W taki ziąb! Rozum straciłaś? Wiesz ja się o ciebie zamartwiałyśmy? Odchodziłam od zmysłów.
Chłopcy stali z tyłu i przypatrywali się towarzyszowi Lily trochę krzywo, a zwłaszcza James.
- Hej uspokój się.- powiedział Syriusz i dotknął ramienia Alicji.- Nie musisz się tak na nią wydzierać- otworzyła usta w proteście, ale dokończył- nie twierdzę, że nie zasłużyła. Ale możesz się na nią powydzierać w domu. Nie chcę tu zamarznąć, a znając ciebie jeszcze trochę to potrwa.
- Choć. Jeszcze tego brakuje żebyś się rozchorowała.- zwróciła się do Lily, która delikatnie się uśmiechnęła.
- Przepraszam- szepnęła cicho i ściągnęła szalik.- Dziękuję- oddała miękki materiał właścicielowi uśmiechnęła się do niego i skierowała w stronę drzwi. Odwróciła się jednak, gdy on zrobił już kilka kroków.
- Hej, nawet nie wiem jak się nazywasz!- krzyknęła do niego
- Paul. Paul Johnson, a ty?
- Lily Ev...
- Tak wiem. Evans- uśmiechnął się do niej odwrócił i poszedł.

-Co to miało znaczyć? Z kim ty w ogóle rozmawiałaś? Przecież mógł ci coś zrobić! Jak możesz być taka nieodpowiedzialna? -Alicja zaczęła swój monolog gdy tylko drzwi wejściowe się zamknęły.
-Nie przesadzaj. To mój znajomy, a poza tym znam wszystkich na tej ulicy, nie martw się nic mi nie groziło.- odpowiedziała ściągając czapkę i odpinając płaszcz
-Jak mam się nie martwić? Wychodzisz bez słowa, nie pytasz o pozwolenie!
-No wybacz, ale jeszcze nie jesteś moją matką i nie będę się ciebie pytać czy mogę wyjść.
-A właśnie, że będziesz.
-Chyba żartujesz.- Lily popatrzyła na nią, z jej oczu strzelały iskry, i wcale nie żartowała. Wzrok Alicji podziałał jak katalizator i przyśpieszył, wcześniej trzymany w rydzach wybuch gniewu Lilki. – Nie będę ci mówić gdzie wychodzę bo to jest wyłącznie moja sprawa. Jeśli już chcesz koniecznie pochwalić się, że dzięki tobie mi się poprawiło, to bądź tak dobra i daj mi już spokój.
Lily spróbowała ją ominąć, ale Alicja stanęła nie mając zamiaru się ruszyć.
-Nigdzie nie pójdziesz, tylko wysłuchasz co mam ci do powiedzenia. Nie widzisz do cholery, że się wszyscy o ciebie martwimy? Lilka ślepa jesteś? Myślisz, że  skoro we wszystkim jesteś najlepsza to sama sobie z tym dasz radę? Gówno prawda. Tym razem sama sobie nie poradzisz i doskonale o tym wiesz. No ale przecież jak mogę coś takiego powiedzieć, przecież ty wszystko wiesz najlepiej!
-No wybacz, ale co ja chcę to chyba wiem najlepiej!
-No widzisz? Najlepiej, najlepiej i najlepiej. Encyklopedia się znalazła.
-Nie będziesz mnie pouczać. A skoro tak bardzo cię irytuję to po cholerę tu przyjeżdżałaś? Żeby mi to teraz wypominać? Wcale nie chcę takiej pomocy.
-No jasne. Naszej pomocy nie potrzebujesz, a jak wieczorem nałykałaś się tabletek uspokajających i byłaś jak worek to kto cię ciągnął do łóżka? Co? Wtedy też byś sobie poradziła? Jesteś nieodpowiedzialna i niemądra- Lily otworzyła szeroko ze zdziwienia oczy. Naprawdę połknęła jakieś tabletki? Z wczorajszego wieczoru  kompletnie nic nie pamiętała.
-Nie wiem. Rozumiesz nie wiem. Nic już nie wiem!  A jeśli nie pasuje ci, że wychodzę gdzie i kiedy chcę bez twojego pozwolenia i że nie będę padać przed wami na kolana za tą łaskawą pomoc, to możesz śmiało sobie iść. Nie rób mi łaski.
-Nie ma sprawy. Skoro tak bardzo ci przeszkadzamy to sobie pójdziemy. Powiem ci tylko jedno. Jeśli tak odnosiłaś się do swojej siostry to wcale się nie dziwię że…
-Że co? Że mnie znienawidziła? To chciałaś powiedzieć? Albo obarczysz mnie winą za to że Sev nazwał mnie szlamą, co? Za to też ponoszę odpowiedzialność?
-Ja tego nie powiedziałam.
-Ale tak pomyślałaś-warknęła Lily- a teraz bardzo cię proszę, chciałabym się przebrać, mogę? Czy zamierzasz za coś jeszcze mnie okrzanić?
-Lily ja naprawdę nie to miałam na myśli. Nie pomyślałam tak. Wcale nie obarczam cię winą.
-Znam cię. Obie wiemy co miałaś na myśli-warknęła, odpychając ją i kilkoma susami wbiegła na schody.
-Gratulacje. Lepiej tego rozegrać nie mogłaś- stwierdziła Dorcas i poszła do kuchni.
Wbiegła do pokoju głośno trzaskając drzwiami i wskoczyła na łóżko. Nie tak ta rozmowa miała wyglądać. I choć nadal targał nią gniew i rozdrażnienie, to zaczęła uświadamiać sobie, że posunęła się stanowczo za daleko. Nie powinna powiedzieć ani jednego słowa które tam wypowiedziała. Ale wtedy nie umiała się powstrzymać. Łzy ponownie zaczęły napływać do jej oczy i moczyć narzutę. Jeśli teraz ją zostawią, jeśli wyjadą to ona… Tego nawet nie potrafiła sobie wyobrazić.  Nie wiedziała ile tak leżała. Straciła poczucie czasu, a gdy podniosła głowę na dworze było już ciemniej niż wcześniej. Leniwie się ociągając i wycierając czerwone i piekące już oczy wstała i poszła do łazienki. Bał się zejść na dół, bo jeśli by ich tam nie zastałą, jeśli już sobie poszli to… Miała zamiar pozostać tutaj tak długo jak to było możliwe. Zdecydowała cię na gorącą kąpiel, Gorąca woda ogrzała każdą komórkę ciała i pozwoliła jej się choć w pewnym stopniu zrelaksować. Musiała sobie pogratulować tego pomysłu, ciepły dreszcz  jaki przeszedł jej ciało sprawił, że nareszcie jej ulżyło. Była gotowa zejść na dół i ich za wszystko przeprosić i podziękować. Nie chcę przerywać jednak tej chwili, gdy ciepło docierało do każdej jej komórki postanowiła wstrzymać się z tym jeszcze chwilę.
Rozgrzana przymknęła oczy i leżąc tak w pełnej piany wannie zastanowiła się co ma zrobić dalej. Jak jej życie ma dalej wyglądać.
Jeśli oni chcą, aby była szczęśliwa... To może będzie? Może warto ze wszystkich sił starać się nie utknąć w rozpaczy. Nie łudzić się, że oni jeszcze wrócą. Starać się powrócić do rzeczywistości, w której ich już nie ma, a może są tam bardziej szczęśliwi niż tu na ziemi?  A może do pełni szczęścia potrzebne jest im jej szczęście? Jej szczęście po ich śmierci... Może właśnie tak jest, tak ma być? Czy nie tego zawsze pragnęli?
Ubrała się w dres i zaczesała. Teraz wyglądała dużo lepiej. Mokre włosy odrobinę moczyły z tyłu jej bluzkę, ale nie przejmowała się tym. Weszła do swojego pokoju. Wydał jej się taki pusty. Jeszcze nie rozpakowała się. Puste pułki, szafki. Jeszcze nie pościeliła łóżka. Usiadła na nim i przysunęła bliżej kufer. Nie pamiętała nawet, kto go tu wtaszczył. Według Alicji nałykała się wczoraj tabletek. Nie była pewna czy to możliwe, jednak wątpliwe było to żeby kłamała. Wstrząsnął nią zimny dreszcz i pogodny nastrój jaki udzielił jej się podczas kąpieli gwałtownie się ulotnił, pozostawiając po sobie tylko nic nieznaczące strzępki.  Już nie miała tyle odwagi żeby tam zejść i sprawdzić czy nadal tam są. Nie mogła się na to zdobyć.
Wyciągnęła pantofle i włożyła na nogi. Nadal nie zdobyła się na odwagę by tam zejść, zwłaszcza że coraz bardziej przerażał ją fakt nie nic nie słychać, tak jak by była w domu sama. Czy faktycznie posłuchali wypowiedzianego w gniewie zdania?
Spojrzała na zegarek. Czwarta. Nie była pewna, kiedy dokładnie przyjedzie Petunia z ciotką. Miała nadzieję, że jak najpóźniej. Hmm... Musi wszystko rozplanować. Gdzie, kto będzie spał. Bo jeszcze jutro przyjadą... Swoją drogą, ciekawe gdzie dzisiaj oni spali. Mało, co z wczorajszego wieczora pamiętała. Gdy się uspokoiła wyszli z kuchni. Poszła się umyć, potem zeszła do salonu i chyba tam zasnęła. Raczej musiała tam zasnąć, bo reszta się urywa. Ciekawe, kto zaniósł ją do pokoju.
W końcu zeszła na dół. Starała się jak tylko może to opóźnić, ale gdy już posmarowała kremem nawilżającym wszystkie możliwe części ciała, zaczesała się ponownie, bardzo dokładnie, pościeliła łóżko i poukładała trochę swoich rzeczy na półkach nie wymyśliła nic innego, co mogłoby ją dłużej zatrzymać w pokoju.  Wzięła głęboki wdech i na palcach zeszłą po schodach. Jednak zostali. Siedzieli na sofie i fotelach wpatrzeni w wyciszony telewizor. Gdy tylko usłyszeli, że schodzi jak na jeden rozkaz odwrócili się ku niej by już po kilku sekundach wrócić do poprzedniej pozycji. A więc nie chcieli jej tego ułatwić. Wcale im się nie dziwiła. Ponownie wciągnęła do gardła powietrze które tym razem stało się przeszkodą. Nie wiedziała co ma powiedzieć, ani jak to zrobić. Po prostu stała za nimi, patrzyła się na ich odwrócone od niej ciała i drżała z rozgoryczenia i niezdecydowania. Nie odwrócili się ponownie. Siedzieli tak nienaturalnie wyprostowani, tak sztywni, że zaczęło ją to przerażać. Znienawidzili ją.
-Przepraszam- powiedziała to tak cicho, że nie była pewna czy usłyszeli, nikt nawet nie drgnął-Naprawdę nie chciałam… Dziękuje, że przyjechaliście…- znowu kilka sekund ciszy i znowu nikt się nie poruszył.  To oczywiste nienawidzą ją. Łzy po raz kolejny tego dnia zaczęły napływać jej do oczu. Tak bardzo potrzebowała teraz ich wsparcia, teraz kiedy po raz pierwszy go od nich nie dostała. Żeby nie rozpłakać się na dobre odwróciła się  i poszła do kuchni. Nalała sobie soku i usiadła przy stole. Nienawidzą jej. Nie mogła się z tym pogodzić, dotknęło ją to bardziej niż strata rodziców. Straciła przyjaciół, ich zaufanie, ich pomoc przez kilka słów wypowiedzianych w gniewie. Westchnęła smutno, a gardło okropnie ją zapiekło. Wczorajsze biegi po błoniach i dzisiejszy spacer dawały o sobie znać w postaci okropnego bólu gardła. Czuła się nieswojo i źle, jeśli dobrze pamiętało wskazywało to na grypę lub przeziębienie. I właśnie w tej chwili zauważyła jak bardzo od tych pięciu lat polegała magii, w tej chwili nie potrafiła sobie wyobrazić jej braku. Ale nie umiała też sobie wyobrazić jak przeżyje ten wieczór z tak palącym gardłem. Wstała i otworzyła szafkę w której mama trzymała leki. Kilkanaście minut zajęło jej obejrzenie każdego opakowania i przeczytanie wszystkich ulotek, aż wreszcie wybrała kilka specyfików i z wysypanymi tabletkami na dłoni skierowała się do szklanki. I dopiero wtedy zauważyła że od dłuższej chwili nie jest sama.
Alicja stała w drzwiach i patrzyła się na nią nieufnie, aż jej zdziwienie i złość osiągnęły punkt kulminacyjny.
-Co ty do cholery Lilka wyprawiasz!
-Ale… o co ci chodzi?- Lily nie miała pojęcia dlaczego Alicja się złości, no chyba że poprzednia złość jeszcze jej nie minęła –Słuchaj, ja przedtem, naprawdę nie chciałam… Nie chciałam tego wszystkiego powiedzieć… Przepraszam
-Nie mam tego na myśli. Chcesz do cholery się zabić? Czy masz zamiar zrobić małą powtórkę ze wczoraj? Co wczoraj wzięłaś za mało co? Miałaś nadzieję na coś innego ale tylko trochę cię odurzyło co?
-Wiem, wczoraj przesadziłam, masz prawo na mnie być zła, ale nadal nie rozumiem o co ci chodzi? Co zrobiłam źle?
-Chcesz się zabić?
-Że co? Oczywiście, że nie. Skąd ci to mogło przyjść do głowy? –jej zaskoczenie, które i tak było ogromne gwałtownie się powiększyło gdy skojarzyła o co Alicji chodzi- Po prostu się przeziębiłam, nie mam eliksirów. Tak sobie radzą mugole. Jeśli mi nie wierzysz to przeczytaj ulotki.
-A żebyś wiedziała, że przeczytam.-warknęła, wymijając ją i podeszła do szafki. Po kilku minutach odwróciła się do niej ze skruszonym wzrokiem –Lily ja nie…
-Tak wiem. Nie wiedziałaś.-powiedziała z ironią połykając tabletki- Nie ma sprawy. Ja tylko myślałam, że przynajmniej ty mi ufasz. Cóż, kolejne rozczarowanie-stwierdziła i ponownie poszła do swojego pokoju.
Do kuchni wszedł James.
-Świetnie. Tylko ty wszystko tak cudownie potrafisz spieprzyć.-podsumował nalewając sobie herbaty do szklanki.
-Och zamknij się Potter!- warknęła i wyszła


Kiedy poznała Alicję w pociągu nie przypadły sobie do gustu. Bardziej spodobała jej się słodka twarz Dorcas.  Nie była to jakaś jawna niechęć, po prostu obie za sobą nie przepadały. Mijały miesiące a ich chłodne stosunki nie ocieplały się. Kiedy to się zmieniło? Lily sięgnęła pamięcią wstecz.


Był słoneczny dzień, egzaminy skończone wszyscy uczniowie wyszli na błonia. Taki zamiar miała również Lily z Dorcas. Siedziały pod drzewem wdychając letnie powietrze. Właściwie miały zamiar spędzić tak cały dzień, gdyby nie panika Mary.
-Hej dziewczyny, nie widzieliście Alicji? Od rana jej szukam.
-Wszędzie sprawdzałaś? –zapytała bez większej ciekawości Lily
-No jasne. Nigdzie jej nie ma. Jakby zapadła się pod ziemię. Martwię się o nią. Jeszcze nigdy tak długo jej nie było.
-Spokojnie, już idziemy jej szukać.
Obie wstały, a gdy rozdzieliły między siebie poszczególne miejsca do sprawdzenia każda udała się w swoją stronę.
Około godziny ósmej spotkały się w dormitorium. Jak na razie przeszukiwania zakończyły się z marnym skutkiem. Mary powoli odchodziła od zmysłów, zresztą jej panika stopniowo udzielała się każdemu.
Lily usiadła na fotelu i oparłszy brodę na dłoniach zastanawiała się gdzie może być. Sowiarnię sprawdziły, bibliotekę i sale lekcyjne również, łazienki i korytarze przeczesały dwa razy a na dodatek sprawdzono wszystkie komórki na miotły. Po prostu zniknęła jak kamień w wodę.  Gdzie ona jeszcze mogła być? A może tak u Hagrida? Tam nikt ni zajrzał. Nie była pewna czy Alicja w ogóle tam zagląda, ale upewnić się wcale nie zaszkodziło. Wstała i wyszła z zamku. W małej chatce na błoniach świeciło jasne światło. Stanęła przed drzwiami i zapukała.
-Holibka to ty Lily. Co ty tu teraz robisz? Wszystko w porząsiu?
-Tak Hagridzie, a właściwie to szukam Alicji, gdzieś przepadła i wszyscy się o nią martwią.
-A no to wchodź.-powiedział znacznie ciszej-Nie wiem co się stało, ona nie chce nic powiedzieć, jeśli dałabyś radę jakoś z nią pogadać czy coś… No nic zostawię was same. -Hagrid wyszedł a ona rozejrzała się po pomieszczeniu. W samym rogu na trochę przybrudzonym fotelu siedziała z podkulonymi nogami Alicja.
-Wszyscy cię szukają? Co ty tu właściwie robisz?- zamilkła oczekując odpowiedzi, Alicja jednak nie wyrzekła ani słowa-Coś się stało? Jeśli chcesz to nie chcesz mówić, ale może wtedy ci ulży.
-Daj już spokój. Wiem, że mnie nie znosisz. Zresztą ty nie umiesz udawać.
-To nie tak. Właśnie, że cię znoszę, to znaczy nie mam nic do ciebie.
-To też wiem. I właśnie dlatego mnie nie zrozumiesz. Bo to wszystko jest ci obojętne i wcale nie chcesz mnie słuchać. Pragniesz tylko wrócić do czystego i ciepłego zamku i mieć spokój.
-Lubię Hagrida i jego chatkę. I wolę przesiadywać tu niż w zamku. Nie musisz mi nic mówić, ale nie zarzucaj mi tego, że nie chcę cię zrozumieć, bo nie dowiesz się jeśli nie zrozumiesz.
-Moi rodzice się rozwodzą. Ojciec wyprowadza się do Francji. I jeszcze moja babcia umiera. A na dodatek Frank cały czas gapił się na tą okropną Kate.
-No to masz problem, faktycznie- wtrąciła mało sensownie Lily
-Co ty nie powiesz? Mówiłam, że wcale nie chcesz tego zrozumieć?
-Rozumiem, naprawdę cię rozumie. Gdy dostałam list z Hogwartu moja siostra z zazdrości znienawidziła mnie. –Alicja spojrzała na nią z zaciekawieniem i jednocześnie ze zdziwieniem -Opowiada wszystkim, że rodzice wysłali mnie do szkoły dla obłąkanych. Ślizgoni nazywają mnie szlamą, a najgorsze jest to, że ugania się za mną jakiś głupi Potter. Też mogę powiedzieć że mnie nie rozumiesz, ale właściwie stwierdziłabym to tylko na podstawie tego, że ty z podobnymi problemami się nie spotkałaś. Może i dobrze-stwierdziła wpatrując się w ogień tryskający z kominka- Może faktycznie nie mogę cię w pełni zrozumieć, ale przynajmniej próbuję. Masz problem to jest akurat oczywiste, ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Więc może spójrz na to z innej strony.
Zapadła cisza. Wpatrywały się w ogień. Lily ogarnęło dziwne uczucie, jeszcze nikomu, oprócz Dorcas tego wszystkiego nie powiedziała, ale miała wrażenie, że zwierzyła się właściwiej osobie.
-Zadziwisz mnie.- stwierdziła Alicja
-Tak?
-Nigdy nie spodziewałabym się tego po pupilce Slughorna. Może wcale nie jesteś taka zła.
-Może ty też nie.
Od tego czasu ich relacje zmieniały się, aż do momentu w którym można było je nazwać przyjaźnią. Zawsze, bez względu na wszystko ufały sobie. A dzisiaj po raz pierwszy od pięciu lat Alicja jej nie ufała. Na samą myśl o tym Lily chciało się płakać.

Ktoś przykrył ją kocem. Odwróciła się i zobaczyła, że Syriusz usiadł przy niej i spoglądał na nią zaniepokojony. Dziwne, nie słyszała, kiedy wszedł.
Długo siedzieli w ciszy.
- Jestem aż taka beznadziejna?- zapytała cicho- Myślisz, że mogłabym się zabić?
- Nie bądź zła. My się po prostu o ciebie martwimy. Fakt, że Alicja dostaje już obłędu, ale zależy jej na tobie. Nie wybaczyłaby sobie gdyby coś ci się stało. Jak my wszyscy.
- Wiem, wiem. Dzięki.
-I co będzie dalej?
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Syriusz nie mam pojęcia. Powiedz mi co ja bez nich zrobię?
-Jestem pewien, że sobie poradzisz. No i nie jesteś sama. Tylko o tym nie zapominaj.
-Nie pozwólcie mi zapomnieć.
- Nie pozwolimy. Masz to jak w banku. W narzucaniu się jesteśmy najlepsi.  


Głosuj (0)

gladys21 22:41:56 21/02/2012 [Powrót] Komentuj



Jej jaki długi rozdział, ale ja broń Boże nie narzekam ;D. Och... mam wrażenie, że Lily czasem nie docenia swoich przyjaciół... zastanawia mnie czy ona też zawsze przy nich jest i ich wspiera, i nie mówi, że będzie dobrze... Jak dla mnie przyjechali po to, aby z nią być, bo po to są przyjaciele. Czasem czyjaś obecność pomaga nam bardziej niż takie słowa nie zawsze prawdziwe typu "będzie dobrze". Ach ten James... ja naprawdę jej nie potrafię zrozumieć... on jest jak przyjaciel... oczywiście ma swoje wady, ale kto ich nie ma? Do tego jest taki ładny... no ale to inna sprawa :D, sprawa gustu. Hm... Paul... lubię te imię ;D. Hm... niewiele osób stać na to, aby zapytać kogoś, co się stało i to nieznajomego... mi akurat brakuje odwagi i boję się reakcji tej osoby. Czasem tak jest, że łatwiej nam się wygadać osobie, której nie znamy, niż komuś z kim mamy do czynienia od wielu lat. Zawsze strata przyjaźni wiąże się z jakąś tęsknotą, czasem płaczem za nią. Mój przyjaciel też nie rozumie czemu nie lubię swojej siostry... ;d, ale dzięki niemu już jej tak nie nienawidzę. Ach ta Alicja... rozumiem, że się o nią troszczy, ale nie trzeba się wydzierać. A to, że jej nie ufała z tabletkami to myślę, że w pewnym stopniu jest uzasadnione, bo poprzedniego dnia wzięła za dużo tabletek uspokajających. Raczej, aż tak jej nie znienawidzili skoro wciąż zostali w jej domu. A końcówka rozdziału bardzo mi się podobała ;). A co do rozdziału 9 to innym razem wpadnę skomentować, bo zaraz mnie wywalą z komputera :P.
Olka 18:03:30 3/03/2012
apn-77-114-218-17.dynamic.gprs.plus.pl | brak www IP: 77.114.218.17

Szkoda, że się końcówka rozdziału urwała. W każdym bądź razie mam mieszane uczucia do tego postu. W pewnych momentach chciało mi się czytać i w inny wątku spoglądałam aby w bok, żeby zobaczyć na jakim etapie jestem. Nie zrozum mnie źle, ale nie lubię notek za długich, bo po prostu męczą. Osobiście uważam, że mogłaś podzielić ją na dwie części, lub pokombinować coś innego. Cóż, zauważyłam też sporo błędów. Zastanawiam się, czy nie piszesz ze słuchu, bo jedno słowo było tak napisane.
Co do bloga, to strasznie przepraszam, ale sama nie jestem przyzwyczajona do blogspotu, który zamiast końcówki 'pl' daje 'com'. Podałam ci zły adres. Sprostuję to : walka-uczuc.blogspot.com
Ale nie musisz mnie powiadamiać, bo Twoje opowiadanie jest u mnie w linkach, a blogi sprawdzam niemalże codziennie :) Skoro już cierpisz na brak czasu to ułatwię ci życie.
Untouched 20:22:49 22/02/2012
brak hosta | brak www IP: 194.181.245.189

Ojć, przepraszam, tam nie miało być : To nic, w porównaniu do tego co do tej pory czytaliśmy , tylko , To jest takie inne od tego co, do tej pory czytaliśmy :)
sharonmorgan.blog.onet.pl 20:08:46 22/02/2012
brak hosta | brak www IP: 62.244.130.213

- Hej, James, patrz! - krzyknęła z salonu Lily Evans.
- Co się stało? - zapytał uśmiechnięty chłopak przekraczając próg drzwi.
- Znów o nas piszą - parsknęła śmiechem.
James podszedł do ekranu komputera i, po pięciu długich minutach oderwał się od monitora.
- To jest naprawdę dobre! - ocenił szczerze zdziwiony - Takiego jeszcze nie widzieliśmy!
- Blog niejakiej Nadziei... hmm... ma talent dziewczyna - pokiwała głową z uznaniem.
- To nic, w porównaniu do tego, co do tej pory czytaliśmy. Ten blog jest... wyjątkowy.
Usiadł obok Lily pogrążając się w lekturze.
- Masz może ochotę na ciasteczka? - zapytała po pewnym czasie.
- Jasne!
sharonmorgan.blog.onet.pl 16:53:57 22/02/2012
brak hosta | brak www IP: 62.244.130.213